Krzysztof Szaszkowski

Krzysztof Szaszkowski

OPERATOR OBRAZU / KAMERY / STEADYCAM / OŚWIETLENIA / FOTOGRAF

MEDI-RAJ

Z medycznego punktu widzenia, produkcja tego filmu wyszła nam na zdrowie. Dlaczego? Podczas zdjęć dowiedzieliśmy się tylu ciekawych rzeczy na temat zdrowego trybu życia, że już od samych tylko porad poczuliśmy się zdrowsi. MEDI-RAJ to miejsce komfortowe, niczym nie przypominające szpitalnych sal i korytarzy. I taka też była nasza praca – relaksująca, podobnie, jak efekt.

FILM



SPOT



To, co urzekło nas już na samej dokumentacji zdjęciowej, to wspaniałe kolory, nowoczesna architektura, niesamowita czystość i porządek w MEDI-RAJ'u. Mogliśmy swobodnie kłaść się na podłogach dla osiągnięcia ciekawych punktów widzenia kamery i po całym, intensywnym dniu pracy mieliśmy czyste ręce – niesamowite.

A jak to się zaczęło?
Już pod koniec 2011 roku głośno było o projekcie MEDI-RAJ. Już wtedy były nakreślane ujęcia, plany, punkty widzenia, założenia i wiele innych. Projekt ten zakładał wyprodukowanie kilku minutowego filmu i 30 sekundowego spotu do telewizji i kina. Na przełomie marzec / kwiecień 2012 roku, spot emitowany był w kinie HELIOS w Gorzowie Wielkopolskim, we wszystkich salach cyfrowych i przed każdym seansem. Mnóstwo emisji, mnóstwo emocji, wielka kampania.
Tym razem musieliśmy podejść inaczej do kwestii ilości sprzętu na planie, ponieważ MEDI-RAJ funkcjonuje cały czas i w razie nagłej konieczności trzeba będzie opuścić dany gabinet w zasadzie natychmiast. Wszystkie pomieszczenia w MEDI-RAJ’u są bardzo jasne i białe co pomogło nam w osiągnięciu oświetlenia charakterystycznego dla fotografii i ujęć ze świata medycyny, czyli lekkiego rozjaśnienia. Estetyczne kompozycje połączone z ascetycznym klimatem, bielą i jasnością stwarzają bardzo pozytywne wrażenie, dają poczucie czystości, lekkości, czasem sterylności – z czym kojarzą się też lekarze w białych fartuchach. Z racji skomplikowanego sprzętu medycznego, obecnego w wielu gabinetach i miejsca, jakie zajmował, niemożliwe było wstawianie wielkich softbox’ów czy konstrukcji oświetleniowych. Poza tym, w sytuacji wyższej konieczności ratowania ludzkiego życia, wszystko musiało dać się zdemontować i wynieść w zasadzie natychmiast. Odpadły też lampy żarowe o temperaturze barwowej 3200 Kelwinów z kilku powodów. Po pierwsze światło zastane, jakie dominuje w MEDI-RAJ’u jest w okolicach temperatury barwowej 4500 do 5500 Kelwinów. Jeśli zastosowalibyśmy światło żarowe, trzeba by je filtrować foliami konwersyjnymi CTB 80A o stopniu korekcji „-130” Miredów, aby wyrównać temperatury obu źródeł światła – tego zastanego i naszego żarowego (Miredy - to jednostki, w których wyraża się gęstość filtrów konwersyjnych). To powoduje z kolei spadek siły świetlnej lamp (filtr CTB 80A pochłania światło, mniej więcej na poziomie 1 2/3 - 2 EV, czyli załóżmy w okolicach 2 przesłon), co matematycznie daje 2 do potęgi 2 i automatycznie zmniejsza skuteczność każdej z lamp, aż 4 krotnie. Po drugie lampy żarowe nagrzewają się na tyle mocno, że w małych pomieszczeniach natychmiast robi się sauna. W takich warunkach, żaroodporne folie nałożone na lampy są intensywnie podgrzewane do tak wysokich temperatur, że czasem wydają z siebie różne „aromaty”, a przy tym zaczynają się wypalać. Wymaga to zawsze wietrzenia pomieszczenia, którego nie mogliśmy sobie w tym momencie zapewnić. Dlaczego? Trzeba było zasłonić wszystkie okna, ponieważ z jednych wpadało ostre światło słoneczne (co powodowało astronomiczne kontrasty), a z innych wpadało światło odbite od północnej części nieboskłonu, które potrafi osiągać temperatury barwowe rzędu 8000 czy nawet 20000 i więcej Kelwinów. Dawało ono mocną, niebieskawą dominantę. Czysto teoretycznie - gdyby chcieć dobalansować do światła o temperaturze owych 20000 Kelwinów, naszą lampę żarową 1000 Wat, której temperatura barwy wynosi 3200 Klewinów, należałoby nałożyć na nią dwie folie CTB, o współczynniku korekcji „-130” Miredów każda, czyli razem filtr o współczynniku „-260” Miredów (3200 Kelwinów to inaczej 312 Miredów, a po założeniu minusowych folii o sumarycznej wartości „-260” Miredów otrzymujemy światło o temperaturze 52 Miredów, a to jest około 20000 kelwinów). Pamiętając o tym, że jedna taka folia zabiera 2 przesłony (2EV), czyli osłabia siłę światła 4 krotnie, to ze złączonych obu folii otrzymujemy filtr, który zabiera 4 przesłony (4 EV) i pochłania 16 krotnie światło, no i nagle z lampy o mocy 1000 Wat robi się nam lampa o skteczności lampy o mocy 60 Wat!!! Dokładając do tego prawo fizyki, o spadku skuteczności światła puntowego do kwadratu odległości (my co prawda używaliśmy rozpraszaczy, ale i tak prawo to daje spore spadki światła dla powierzchni większych niż punkt) – w tej produkcji powiedzieliśmy tym lampom stanowczo NIE. Po trzecie, używając tych lamp stosowalibyśmy je razem z parasolkami, które to zajmują po nałożeniu na lampy trochę miejsca, na co w tej produkcji nie mogliśmy sobie pozwolić. Tym razem jednogłośnie wybraliśmy lampy fluorescencyjne z wrotami, w zestawie z żarówkami o temperaturze barwy 5600 Kelwinów. Doskonały wybór, piękne, miękkie światło, „chuda” konstrukcja i wspaniałe efekty wizualne. Mając przy sobie 3 takie lampy, o różnych rozmiarach, mogliśmy swobodnie pracować, nie martwiąc się o siłę świetlną, nagrzewanie się lamp, zapach folii, swobodę przestrzenną czy konflikt barwy.
Wszystkie pomieszczenia i obiekty nadawały się w 100% do zdjęć dlatego nie musieliśmy stosować techniki kluczowania. Oszczędziło to mnóstwo czasu zarówno na planie, jak i w postprodukcji. Do wysłaniania okien stosowaliśmy lekkie czarne „murzyny”, przyczepiane Gaffer Tape. Bezśladowa taśma klejąca w ilościach nieograniczonych to absolutna podstawa w każdej produkcji. Stosowaliśmy też sporo srebrnych blend podklejanych na ścianach, których blask dodawał życia o oczach bohaterów i tworzył dodatkowe wrażenie przestrzeni filmowej.
Używaliśmy często szerokiej optyki o kątach widzenia ponad 100 stopni, która w połączeniu z ruchem kamery dawała fantastyczne perspektywy oraz stwarzała wrażenie wielkości i przestrzeni. Bardzo przydał się też filtr polaryzacyjny, który pomógł nam przede wszystkim w pracy nad odbiciami, a także pozwalał na wygaszanie ściemnionych już maksymalnie wyświetlaczy różnych urządzeń, matowił momentami niektóre części twarzy, oświetlone mocno bocznymi światłami (nie trzeba ich było wtedy dopudrowywać blików na twarzach). Dzięki niemu uzyskaliśmy też żywsze kolory i podnieśliśmy kontrast. Sam filtr (wysokiej klasy) pochłaniał światło na poziomie 1,3 EV, co znosiliśmy z uśmiechem na twarzach (są na tym polu o wiele gorsze wyniki). W natychmiastowym przeliczeniu właściwych współczynników korekcji dla tego filtra pomagał nam nasz ulubiony światłomierz, dzięki któremu, jak zawsze mogliśmy bardzo precyzyjnie kontrolować proces eksponometrii. Filtr polaryzacyjny to najwspanialszy filtr, jaki kiedykolwiek wymyślono, absolutnie obowiązkowy w torbie każdego fotografa i filmowca. To też jedyny filtr, którego głównych cech nie można zastąpić filtrem cyfrowym. Oprócz tego filtra stosowaliśmy czasem filtr połówkowy szary ND4 o pochłanianiu w miejscu najciemniejszym na poziomie 2 przesłon. Długie korytarze są raczej kłopotliwe w oświetlaniu. Wtedy często bazuje się na oświetleniu sufitowym. W zależności od typu oświetlenia korytarza (wbudowane w sufit – na równi z nim lub zwisające pod nim), ściany po jego bokach nie są równomiernie oświetlone (w zależności od typu oświetlenia raz jest dół ściany jaśniejszy, innym razem góra). Nam zależało, żeby efekt bieli rozkładał się jak najbardziej równomiernie. Nie zawsze udawało się to osiągnąć, ale filtr ten pomógł nam w tym bardzo skutecznie.
Jazdy kamerowe realizowaliśmy przy użyciu szyn typu „slider” z elektronicznym sterowaniem płynności ruchu. Jest to niewielkie urządzenie, sama szyna ma 1 – 2 metrów długości. Ujęcia jazd pionowych też zastosowaliśmy przy użyciu wspomnianego „slider’a”. Nie mieliśmy czasu na rozstawianie skomplikowanego kranu. Najlepsze są zawsze najprostsze rozwiązania.
Do tego filmu zaangażowanych zostało ponad 30 aktorów, którzy wraz z ekipą techniczną stworzyli prawie 40 osobową drużyną. Jak nie trudno policzyć to prawie 40 osób do wykarmienia. Sprostał temu doskonały catering. Mieliśmy chyba wszystko i na ciepło i na letnio i na zimno i jak kto co wolał. Nawet lody były.
Muszę przyznać, że szczerze podziwiam ekipę charakteryzacji. Zastanawiam się ile kg pudru zużyli podczas tej produkcji. Ponad 30 osób przez trzy dni domagało się od nich piękna i wyjątkowości. A oni, sypiąc dowcipy szybciej niż puder na pędzle, rozbawiali całe towarzystwo, umilając czas wszystkim bohaterom oczekującym na swoje 5 minut.
Oczywiście nie obyło się bez ciekawych zdarzeń i sytuacji. Heh, były takie fajne dwie. Pierwszego dnia, gdy kręciliśmy ogólne badanie małego chłopczyka przez pana doktora, poprosiliśmy juniora, żeby delikatnie pogłaskał doktora po policzku. Tak mu się to spodobało, że w pewnym momencie się zagalopował i z impetem przyłożył doktorowi w twarz. Musieliśmy mocno pudrować czerwony policzek doktora. Mały aktor przeprosiłi niespodziewanie przybił drugiego „piątaka”, ale tym razem dłoń w dłoń, na zgodę. Długo potem jeszcze kołysaliśmy się ze śmiechu, a maluch został gwiazdą nr 1 już do końca zdjęć. Innego dnia z kolei, kiedy to czekaliśmy na dokończenie charakteryzacji bohaterów sceny w sali rehabilitacyjnej, wszedłem do niej aby sprawdzić, czy wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Postanowiłem przesunąć trochę ciężkie materace, które ustawiliśmy w pionie pod ścianą. Uznałem że wejdą minimalnie w kadr w ostatniej fazie jazdy kamerowej. Gdy ich dotknąłem przewróciły na zasadzie domina. Cały misterny plan ustawiania dekoracji rozpoczął się od nowa. Pamiętam wtedy, że chyba wniosłem wiele nowych słów do słownika wyrazów obcych.
Po kilku dniach fantastycznej pracy złożyliśmy dyski z surówką montażyście. Był z nami na planie w tej produkcji. Jego uwagi i wsparcie były nieocenione. Są dwie „szkoły” mówiące o zasadności przebywania montażysty na planie filmowym. Pierwsza zakłada, ze montażysta nie powinien wkraczać na plan, ponieważ traci świeżość spojrzenia na cały film, a jeśli jakieś ujęcie, nad którym ekipa pracowała w pocie czoła i które kosztowało mnóstwo pieniędzy, okaże się, że na montażu nie pasuje, to montażysta poprostu je usunie, nie czując presji. Druga szkoła to dokładna odwrotność pierwszej, montażysta czasem przyjeżdża  na plan i uczestnicząc w zdjęciach tworzy w głowie szkielet filmu na podstawie scenariusza i tego co widzi na planie, podpowiada, sugeruje i konsultuje ujęcia. Sam montaż przebiegł sprawnie i bez problemów. Materiał dostarczony przez ekipę był na tyle dobry, że nie wymagał wiele pracy. Najwięcej czasu zabrało znalezienie muzyki – bo ta jest duszą tego filmu i spotu. Jest ona niesamowitym kreatorem wyobraźni poza ekranowej, uruchamia emocje, wciąga, relaksuje… .
Projekcja filmu odbyła się oczywiście, jak zwykle, w kinie HELIOS, w centrum ASKANA w Gorzowie Wielkopolskim. Jakie piękne kadry. Z ręką na sercu polecam kino. Nie ma cudowniejszego medium pod względem wywoływania emocji i siły oddziaływania. Po prostu nie ma. Na kolejną kolaudację kupujemy popcorn i colę – klienci widząc siebie, swoje firmy / produkty / usługi w kinie, po prostu nie chcą z niego wychodzić. Co tu więcej mówić. Spędzamy tam wiele czasu… . Oj wiele.
  • Autor: Krzysztof Szaszkowski

Ostatnie realizacje więcej »

Mariusz Ancuta
kierownik działu filmowego Szczegółowe informacje, wycena produkcji i kampanii - tel. 95 783 57 13, kom. 501 574 530, e-mail: info@filmica.pl